
Długo zastanawiałam się, gdzie opublikować dzisiejszy post. Początkowo skłaniałam się ku Instagramowi, bo to tam zwykle wrzucam krótsze, lżejsze treści. Ale im dłużej o tym myślałam, tym bardziej czułam, że historia, którą chcę dziś opowiedzieć, niesie w sobie tak ciepłą magię, że zasługuje na spokojną przestrzeń tego bloga.
To opowieść, którą odkryłam dzięki serialowi z początku lat dwutysięcznych – „Tango z Aniołem”. Serial opowiada losy siedmiu kobiet, które wskutek wybuchu bomby we wrocławskim centrum handlowym straciły najbliższe osoby. Sześć z nich – swoich partnerów. Jedna – Ewa Rynwit, psycholog i wróżka, moja absolutnie ulubiona postać – straciła dziesięcioletniego synka, Adasia. Ten serial ma w sobie coś trudnego do opisania: delikatną, eteryczną aurę, która łączy codzienność z duchowością, ból ze światłem. I właśnie tam po raz pierwszy usłyszałam pewną magiczną bajkę.
Bajka o kobiecie i sarnie
Dawno, dawno temu, kiedy świat oddychał jeszcze magią, a ludzie nie bali się jej tak bardzo jak dziś, na skraju wielkiego, ciemnego lasu żyła kobieta, która spodziewała się upragnionego dziecka. Las nie był zwyczajny — zamieszkiwały go duchy drzew, nimfy, leśne duszki i stworzenia, o których dziś mówi się szeptem.
Pewnego dnia kobieta wybrała się na spacer. Słońce prześwitywało przez korony drzew jak złote igły, a powietrze wibrowało czymś tajemniczym. Wtem zobaczyła kłusownika mierzącego do małej sarenki — drobnej, drżącej, o oczach tak przerażonych, że aż ścisnęło jej serce.
Nie myśląc, nie kalkulując, kierowana czystą dobrocią — stanęła między zwierzęciem a strzelbą.
Kula ją dosięgnęła.
Upadła na ziemię, tracąc swoje nienarodzone dziecko, swój największy skarb, swoje marzenie.
Ale sarna nie była zwykłym stworzeniem. Była istotą lasu — magiczną, zrodzoną z pradawnej energii natury. Widząc ofiarę kobiety, poczuła wdzięczność tak głęboką, że postanowiła oddać jej choć część tego, co utraciła.
Od tej pory w dzień zmieniała się w małą dziewczynkę — jasną, cichą, o oczach tak mądrych, jakby widziały więcej niż inne dzieci. Mieszkała z kobietą, wypełniając jej dom ciepłem i obecnością.
A nocą stawała się znów sarenką i wracała do lasu — wolną, szybką, świetlistą w blasku księżyca.
Tak trwały razem: kobieta, która oddała wszystko, i sarna, która postanowiła spłacić dług sercem.
Bo czasem magia przychodzi wtedy, kiedy nie mamy już siły jej szukać. I przynosi nam nie to, co zabrano — ale coś, co potrafi uleczyć ranę w zupełnie inny sposób.
