
Czasem życie podsuwa nam scenariusze, których same byśmy nie wymyśliły — nawet przy najbardziej rozgrzanych świecach i najbardziej pobudzonym trzecim oku. I tak oto wróżka, która na co dzień rozmawia z energiami, kartami i duchową stroną ludzkich historii… zostaje mimowolnie seksuologiem.
Miałam ten wpis opublikować wczoraj, ale sytuacja, o której chcę Wam opowiedzieć, potrzebowała jeszcze jednej doby, by dojrzeć. Jak dobre wino, które dopiero po chwili ujawnia prawdziwy smak.
Pamiętacie film „Sztuka Kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”? Gdy dwa lata temu wchodził do kin, aż huczało od kontrowersji — trochę słusznie, trochę na wyrost. Obejrzałam go razem z koleżanką i widziałam, jak ona chowa się za palce, kiedy ja siedziałam spokojnie, bo mnie rozmowy o seksie nie zawstydzają. Nigdy nie zawstydzały. Każdy z nas ma inny próg wrażliwości, inny bagaż, inne doświadczenia.

Film nie wywrócił mojego świata do góry nogami, ale otworzył jedne drzwi: do audiobooka Wisłockiej „Sztuka kochania”. A ta książka — choć z dzisiejszej perspektywy chwilami trąci myszką — wciąż ma w sobie pewien ogień. Rewolucyjny jak czasy, w których powstała. Dla kobiet była jak grom z jasnego nieba: ktoś wreszcie mówił o tym, o czym milczano pokoleniami.

Ale prawdziwą rewolucję przeżyłam, gdy natknęłam się na książkę „Sztuka obsługi penisa”. I choć jej tytuł brzmi jak żart, to jest to jedna z najbardziej ludzkich, prawdziwych i potrzebnych książek o seksualności mężczyzn. Nie o ich ciałach — o ich psychice. O lękach, które noszą po kieszeniach jak talizmany, o wstydach, które dziurawią im duszę.
I właśnie ta wiedza przydała mi się… w zupełnie niespodziewanej rozmowie.
W nocy z niedzieli na poniedziałek napisał do mnie siedemnastoletni chłopak. „Wiem, czym się zajmujesz — to nie do końca ten temat, ale nie mam z kim porozmawiać.” Każde moje serce — to magiczne i to ludzkie — już na wstępie zadrżało.
Okazało się, że rodzice przyłapali go na oglądaniu pornografii i masturbacji, zablokowali mu komputer, a on… przypadkiem znalazł w ich sypialni płytę z filmem erotycznym. Zderzenie dwóch światów: jego zakazy i ich praktyka. Typowy konflikt pokoleń, ubrany w nowoczesne czasy.
Zadał pytania, które powinna wyjaśniać szkoła. Psycholog. Rodzice. Ale nie wyjaśnia nikt.
- Czym różni się seks analny od oralnego?
- Dlaczego aktorzy mają tak wielkie penisy?
- Dlaczego w filmach jest tyle spermy, a on ma mniej?
- Czemu rano budzi się podniecony?
- Czy to normalne?
Odpowiadałam mu najlepiej, jak mogłam. Prosto, spokojnie, bez moralizowania. Rozsądnie, ale bez tabu. Powiedziałam mu prawdę o trikach filmowych, o oświetleniu, o jogurcie udającym spermę, o dźwiękach nagrywanych w studiu przez ludzi w wieku jego dziadków. Opowiedziałam, czym różni się pornografia od rzeczywistości. Uspokoiłam jego lęki.
A potem… dopadła mnie refleksja.
Jak to możliwe, że przez prawie 20 lat nic się nie zmieniło? Kiedy ja byłam gimnazjalistką, nauczycielka WDŻ nie umiała ze mną rozmawiać — to ja prowadziłam lekcję zamiast niej. A dziś siedemnastoletni chłopak przeprasza mnie za to, że pyta, bo nie ma innej dorosłej osoby, która nie wyśmiałaby jego niewiedzy.
Świat niby krzyczy o „seksualizacji”, a tymczasem młodzież nie rozumie podstaw. Wstydzą się, bo ktoś kiedyś powiedział im, że powinni. Boją się pytać, bo nie wiedzą, kto ich nie upokorzy.
Więc piszą do wróżki.
I wiecie co? Jeśli mam być tą osobą, która wytłumaczy, uspokoi, rozbroi lęk — to ja to biorę. Z szacunkiem. Bez tabu. Bez rumieńców. Z ludzką życzliwością.
Bo czasem wszechświat żąda od nas czegoś więcej niż odczytu kart. Czasem każe nam być kimś, kto poda światło tam, gdzie przez lata panowała cisza.
I tak właśnie wróżka zostaje seksuologiem. Choćby na jedną noc. Choćby dla jednego zagubionego chłopca.
