
„Coco” to film, który idealnie wpisuje się w klimat Święta Zmarłych i Dnia Zadusznego, ale też meksykańskiego Día de los Muertos. To niezwykle ciepła, wzruszająca opowieść o rodzinie, pamięci i miłości, która przekracza granice życia i śmierci.
Ponieważ mam w domu dwójkę małych dzieci (choć nie swoich), postanowiłam ten film obejrzeć – i nie żałuję. Jest piękny, mądry i pełen emocji, które trafiają zarówno do najmłodszych, jak i dorosłych widzów.
Fabuła
Akcja rozgrywa się w Meksyku – kraju, który od dawna mnie fascynuje niemal tak samo jak Włochy.
Głównym bohaterem jest dwunastoletni Miguel, chłopiec marzący o zostaniu muzykiem. Niestety, jego rodzina od pokoleń zakazała muzyki, wierząc, że to przez nią pradziadek chłopca porzucił bliskich.
Pewnego dnia, po kolejnej kłótni z rodziną, Miguel ucieka z domu i trafia na miejski konkurs talentów. Nie mając własnej gitary, „pożycza” instrument ze świątyni swojego idola – i w tej chwili przenosi się do Królestwa Zmarłych. Tam spotyka duchy przodków, poznaje prawdziwą historię swojej rodziny i odkrywa, że pamięć o zmarłych to jedyny sposób, by naprawdę nie umrzeć.
Dlaczego warto obejrzeć „Coco”?
- W piękny sposób tłumaczy dzieciom cykl życia i śmierci.
- Pokazuje, jak ważne jest pamiętanie o przodkach.
- Uczy szacunku do tradycji i miłości rodzinnej.
- Zachwyca wizualnie – kolory, muzyka, symbolika, wszystko tu gra jak w najlepszym rytuale wdzięczności dla życia.
Ezoteryczny wymiar filmu
Z duchowego punktu widzenia „Coco” pokazuje to, co wielu z nas – czarownic, tarocistów, wiedźm – czuje w głębi duszy: śmierć nie jest końcem, lecz przejściem. To, że dusze żyją dopóki o nich pamiętamy, to prawda stara jak świat, którą przekazują wszystkie tradycje magiczne i duchowe.
