
Dziś 25 grudnia – dzień uznawany przez chrześcijan za Boże Narodzenie. To dobra chwila na opowieść inną niż wszystkie. Cichą, symboliczną, stojącą na granicy religii, mitu i pamięci świata. Kilka miesięcy temu, zgłębiając historię egipskiej bogini Bastet, natrafiłam na apokryficzną przypowieść, która połączyła w jedną narrację chrześcijaństwo i starożytny Egipt.
Czy wiara katolicka i kult egipskiej Bogini Kotów mogą mieć wspólny punkt styku?
Ta opowieść sugeruje, że… tak.
Ucieczka do Egiptu
Po narodzinach Jezus Chrystusa w Betlejem król Herod Wielki wydał rozkaz rzezi niewiniątek. Tej samej nocy Święty Józefowi ukazał się anioł we śnie, ostrzegając go przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Bez zwłoki Święta Rodzina wyruszyła w drogę do Egiptu – tam, gdzie władza Heroda nie sięgała.
Podróż była długa, wyczerpująca i pełna niepewności. Zmęczenie, strach i troska o Maria z Nazaretuę i Dzieciątko dawały się Józefowi coraz bardziej we znaki.
Miasto Bogini Kotów
W trakcie wędrówki dotarli do miasta Bubastis – miejsca poświęconego Bastet, bogini domowego ogniska, ochrony, kobiecości i czułości. Józef zdecydował, że zatrzymają się tam choć na jedną noc. Sam, skrajnie wyczerpany, zasnął pod drzewem na obrzeżach miasta.
Wtedy uwagę śpiących podróżników zwrócił ubogi mężczyzna, mieszkaniec Bubastis. Widząc zmęczoną rodzinę, zaprosił ich do swojego skromnego, lecz gościnnego domu.
Cud w cieniu Bastet
Gdy Święta Rodzina przekroczyła próg jego domu, okazało się, że ciężko chora żona gospodarza – dotąd przykuta do łoża – zaczyna odzyskiwać siły. Sama obecność Dzieciątka przyniosła jej ulgę i zdrowie. Noc minęła spokojnie, w ciszy i wdzięczności.
O świcie rodzina znów ruszyła w drogę. Zanim jednak opuścili Bubastis, zatrzymali się przy pięknym posągu bogini Bastet. Wtedy wydarzyło się coś, co mieszkańcy miasta zapamiętali na długo.
Mały Jezus uniósł swoją rączkę w stronę posągu. Gest ten uznano za błogosławieństwo. W tej samej chwili, tuż obok pomnika Bastet, z ziemi wytrysnęło źródełko czystej wody – znak łaski, życia i pojednania.
Między religiami
Ta apokryficzna przypowieść nie próbuje niczego udowadniać. Nie burzy dogmatów i nie stawia tez. Jest raczej mostem – symbolicznym spotkaniem dwóch światów: chrześcijańskiego i pogańskiego, światła i czułości, dziecka i bogini-opiekunki.
Być może mówi nam coś bardzo prostego:
że sacrum nie zna granic,
że świętość nie zawsze nosi jedno imię,
a dobro – niezależnie od epoki – rozpoznaje dobro.
W dzień narodzin światła warto o tym pamiętać.
Bo czasem kot strzeże ogniska, a czasem dziecko błogosławi źródło.
